Niepokorny generał Werner von Fritsch i jego tajemnicza śmierć we wrześniu 1939 r.

Szymon Kazimierski (Olsztyn)

26 września 1939 r. w Berlinie odbył się uroczysty pogrzeb generała Wernera von Fritscha. Nad trumną podniosłe przemówienie wygłosił generał Walter von Brauchitsch. Obecni byli liczni generałowie na czele z seniorem korpusu generalskiego, starym feldmarszałkiem Augustem von Mackensenem. Marynarkę wojenną reprezentował admirał Erich Raeder, licznie przybyli przedstawiciele niemieckiej arystokracji. Ważne jest też kogo na pogrzebie nie było. Nie było więc Adolfa Hitlera, Wodza i naczelnego dowódcy całości niemieckich sił zbrojnych. Nie było też feldmarszałka Hermanna Göringa, naczelnego dowódcy wojsk lotniczych, a obecny jako jedyny partyjny dostojnik, minister Joseph Goebbels, miał sprawiać wrażenie, że rząd i partia, bynajmniej, nie odcinają się od obecności na pogrzebie generała.

Generał Werner von Fritsch

Podczas uroczystości, właściwie wbrew przyjętemu zwyczajowi, trumny nie otworzono.

Ciało pochowano na prominentnym Cmentarzu Inwalidów w Berlinie.

Według oficjalnych informacji, generał poległ zastrzelony przez polskich żołnierzy 22 września 1939 r. na przedpolach Warszawy. Tyle było oficjalnego komunikatu, bo były też zupełnie inne komentarze.

Wśród niemieckiej generalicji i arystokracji zagotowało się.

- Bydlaki, dobrali się do Fritscha.
- To on jednak był na froncie?
- To nie polska kula powaliła generała. Nasłali na niego SS-manów...
- Stworzyli wokół niego tak upodlającą sytuację, że nic dziwnego, iż popełnił samobójstwo.
- Fritsch i samobójstwo?! Nonsens! Zmusili go do samobójstwa!
- Jak to możliwe, by zastrzelili go polscy żołnierze? Przecież on niczym nie dowodził.

Chyba nie popełnię wielkiego błędu, jeśli powiem, że od tego momentu Adolf Hitler mógł się pożegnać z poparciem wielu wpływowych osobistości ówczesnych Niemiec i na serio zacząć się obawiać o własne życie. Spisek generałów, zapoczątkowany tak zwaną "sprawą generała v. Fritsch", zasilił się właśnie następną aferą.

Kim był generał v. Fritsch, że jego śmierć wywołała aż tak poważne następstwa? Cóż to za "sprawa generała v. Fritscha", że aż zaowocowała buntem niemieckich generałów? Czy generał popełnił samobójstwo? Czy został zamordowany w Polsce przez nasłanych na niego SS-manów? Czy oficjalny komunikat o jego śmierci kłamał? Czy w sprawie śmierci generała miała miejsce następna afera?

Na razie wolno mi tylko powiedzieć, że oficjalny komunikat o śmierci generała v. Fritsch był kłamliwy. W sprawie śmierci generała miała miejsce poważna afera, choć trochę inaczej wyglądająca, niż to sobie wówczas wyobrażało wielu Niemców. Ale - po kolei.

Berlin, 26 IX 1939 r., trumna generała Wernera von Fritscha na lawecie armatniej. Przed grupą oficerów stoi feldmarszałek August von Mackensen

Baron Werner Freiherr von Fritsch urodził się 4 sierpnia 1880 roku na zamku Benrath koło Düsseldorfu w rodzinie o starej tradycji wojskowej. Jego ojciec był generałem porucznikiem armii pruskiej, a więc nic dziwnego, że młody Werner we wrześniu 1898 wstąpił do 25 heskiego pułku artylerii polowej w Darmstadt. Poznał tam i na całe życie zaprzyjaźnił się z młodym jak on chłopakiem, Georgem v. Küchlerem, przyszłym dowódcą 3. Armii Wehrmachtu atakującej Polskę z Prus Wschodnich. Informacja grubo przedwczesna, ale ważna dla naszej opowieści.

27 stycznia 1900 r. Werner v. Fritsch uzyskuje pierwszy stopień oficerski - podporucznika.

1 kwietnia 1910 r., po ukończeniu Akademii Wojskowej, już porucznik v. Fritsch zostaje odkomenderowany do Sztabu Generalnego. Przełożeni poznali się na nim od razu. To wysoce utalentowany sztabowiec. W czasie I Wojny Światowej zostaje pierwszym oficerem Sztabu Generalnego elitarnej 1. Dywizji Gwardii. Awansuje do stopnia kapitana. Rok 1918 i następny 1919 na froncie wschodnim niesie armii niemieckiej jeszcze jakieś złudzenia o możliwości utrzymania zdobyczy niemieckich przynajmniej właśnie tu. Powstaje Naczelne Dowództwo Armii [AOK] Obrona Ojczyzny - Wschód, podzielone w roku 1919 na Dowództwa Północ i Południe. W AOK Północ, już major v. Fritsch, jest pierwszym oficerem Sztabu Generalnego pod bezpośrednim dowództwem szefa tegoż Sztabu, generała v. Seeckta.

Niemieckie plany na wschodzie załamują się i przyszłemu generałowi v. Fritsch pozostaje jedynie "nędzna armijka" weimarska. Przez jakiś czas jest szefem Sztabu 1. Dywizji w Królewcu, a w lutym 1926 roku zostaje mianowany na stanowisko szefa Wydziału Operacyjnego Zarządu Wojsk, tworu maskującego zabroniony Reichswehrze Sztab Generalny. W roku 1927 awansuje na pułkownika. Rok później otrzymuje polecenie przygotowania planu ataku na Polskę. Jak pan każe - sługa musi. Piszę to z takim przekąsem, bo tylko taka forma najlepiej oddaje koloryt zaistniałej sytuacji. Republika Weimarska była państwem dla Polski wrednym, czego dowodem były ciągłe zatargi, pretensje i antypolskie intrygi. Republika Weimarska była państwem, w odczuciu wielu Niemców, wrednym również dla Niemiec. Von Fritsch nienawidził Republiki, a jej kolejne ekipy rządowe uważał za gnojków i zdrajców.

Naczelne dowództwo przed "aferą von Fritscha". Od lewej feldmarszałek Hermann Göring - dowódca Luftwaffe, feldmarszałek Werner von Blomberg - minister wojny, generał Werner von Fritsch - dowódca wojsk lądowych, admirał Erich Raeder - dowódca Krigsmarine

Pułkownik v. Fritsch przygotował, skoro już musiał, plan wojny z Polską po swojemu, to znaczy - porządnie. Było w nim wszystko, co trzeba. Z planu można się było dowiedzieć ile dywizji piechoty, ile i jakiej artylerii, ile kawalerii, samochodów ciężarowych i tak dalej i tak dalej, aż do zapasów siana i nie przymierzając, zapasowych wojskowych gaci powinno się mieć do dyspozycji, by można było pokonać Polskę. "Lwy weimarskie" mogły sobie jedynie nad tym planem uczenie pokiwać głowami. Aż szkoda było, że tak powiem przewrotnie, bo plan opracowano naprawdę porządnie, już w stylu zaskakującego blitzkriegu będącego właśnie celem studiów niemieckich sztabowców. Ale Reichswehra mogła sobie wtedy o takiej wojnie co najwyżej tylko pomarzyć. Plan poszedł do archiwum, ale uwaga! On jeszcze wyskoczy! Tym razem, jako osławiony "Fall Weiss"!

Pułkownik v. Fritsch awansuje już prawie błyskawicznie. W roku 1930 - generał major. W 1932 - generał lejtnant. W 1934, już za Adolfa Hitlera - generał artylerii, by w roku 1936 uzyskać swój najwyższy stopień wojskowy - stopień generała pułkownika.

1 lutego 1934 roku Adolf Hitler mianuje generała v. Fritsch szefem Dowództwa Wojsk Lądowych Reichswehry. Nominacji tej Adolf Hitler dokonał po długim namyśle, mając do wyboru kilku przynajmniej kandydatów. Staranny dobór dowódcy wojsk lądowych był dla Hitlera niesłychanie ważny ze względu na misję, jaką zamierzał temu dowódcy powierzyć.

Zasięgał więc różnych opinii i z każdej strony słyszał właściwie to samo: generał v. Fritsch będzie najlepszy. Mianując na to stanowisko generała v. Fritsch, Adolf Hitler zwrócił się do niego:

"Proszę stworzyć mi armię o największej możliwej sile, wewnętrznym zgraniu i jednolitości, na możliwie najwyższym poziomie wyszkolenia".

Tym samym Adolf Hitler dokonał jeszcze innego, niezwykle istotnego wyboru. Wyboru przyszłej armii niemieckiej. Miał do wyboru dwie armie: rewolucyjną i zawodową. Decyzja należała do niego. Wybrał armię zawodową. - To Adolf Hitler miał do dyspozycji jakąś armię rewolucyjną?! - Miał i to ogromną, nad którą pracował od lat. SA - Oddziały Szturmowe.

Początki były skromne, ale już w roku 1928 SA liczyła 35 000 szturmowców, w roku 1929 było ich 80 000, w 1932 - 500 000, a więc armia licząca pół miliona żołnierzy! Reichswehra, jak pamiętamy, liczyła tylko 100 000 żołnierzy i oficerów. Towarzysze partyjni Adolfa Hitlera przestrzegali go, by nie opierał się na Reichswehrze, a rozbudowywał, uzbrajał i szkolił SA.

Armię ideową, fanatycznie mu oddaną, wierną. Na decyzję Wodza, aczkolwiek poddali się jej bez większego szemrania, do końca III Rzeszy kręcili nosami, zaś idea armii rewolucyjnej, raz po raz, odżywała w nich od nowa. Na zawodowych generałów poczatkowo Reichswehry, a później Wehrmachtu patrzyli zawsze z pewną rezerwą, niechęcią, podejrzliwością.

I vice versa, bo tamci też nie pałali do partyjniaków przesadnym uczuciem.

Zanim jeszcze generał v. Fritsch na serio wziął się do budowania nowej armii, zażądał rozwiązania SA. Poparła go w tym cała generalicja i prezydent Paul von Hindenburg. Adolf Hitler zgodził się, a lepiej powiedziawszy, ostatecznie pogodził się z tym żądaniem. Tyle, że SA bynajmniej nie chciała się rozwiązywać i trzeba było dopiero "długich noży", żeby się jej pozbyć. Po tym, jak na wniosek generała v. Fritscha zarżnięto SA, niechęć do generałą i całej Reichswehry ze strony partyjnej góry NSDAP umocniła się jeszcze bardziej.

Od lewej: feldmarszałek Werner von Blomberg, generał Werner von Fritsch, admirał Erich Raeder

Być może, że Adolf Hitler "zarżnął nie tę świnię, co należało" i "obciął sobie prawą rękę zastępując ją stalową protezą". Myślę, że Adolf Hitler wybrał jednak Reichswehrę mając tuż obok przykład Polski i Marszałka Józefa Piłsudskiego, którego Hitler zawsze szczerze podziwiał, cenił i szanował. Nawet najlepsza armia rewolucyjna zawsze jest trochę hołotą i zbieraniną. W starciu z armią profesjonalną najczęściej zostaje rozbita. Spektakularny przykład rozgromienia Michaiła Tuchaczewskiego pod Warszawą musiał się śnić Hitlerowi po nocach. Adolf Hitler nie miał zamiaru przegrywać, postawił więc na armię profesjonalną. Należało tylko zadbać w porę o to, by w nowej armii niemieckiej zaprowadzić ducha nieboszczki SA. Wydawało się, że łatwiej będzie w nowej Reichswehrze-Wehrmachcie wprowadzić motywację działania właściwą dla SA, niż dobrze motywowane, choć trochę hołociarskie SA, doprowadzić do profesjonalnego poziomu Reichswehry-Wehrmachtu.

Ruszyła praca nad tworzeniem nowej armii. Generał v. Fritsch z punktu postawił sprawę jasno. On nie jest politykiem, on nie jest finansistą. Nie chce słyszeć o trudnościach politycznych, Anglikach, Francuzach, traktatach i temu podobnych rzeczach. Od polityki jest Adolf Hitler. Niech on się tym zajmuje tak, by to nie rzutowało negatywnie na proces tworzenia armii. On (generał v. Fritsch) nie myśli szastać pieniędzmi, ale tworzenie nowoczesnej armii kosztuje. Nie chce więc słyszeć o jakichś ograniczeniach finansowych.

Co na to Adolf Hitler? - Adolf Hitler był wniebowzięty! O takiego generała mu chodziło!

Armia rosła jak na drożdżach, bo jak okazało się, prawie cała nowa armia była już przemyślana, opracowana, opisana jako efekt długoletniej pracy oficerów Reichswehry. Czasu nie tracono, bo "mrówy" z Reichswehry wszystko miały już gotowe. Nędza Reichswehry wyszła jej teraz na dobre, bo skoro niczego nie miała, więc musiała dostać wszystko, a wszystko nowe, prosto z fabryki, żadnego przestarzałego sprzętu!

Sielanka pomiędzy generałem v. Fritschem, a partyjną górą NSDAP szybko się jednak kończyła.

Były trzy główne powody nieporozumień.

A więc po pierwsze. - Generał budował armię, jaką planowała sobie od lat Reichswehra. Armię apolityczną, narodową, siłę zbrojną Niemiec, a nie siłę zbrojną jakiejś niemieckiej partii, czy ugrupowania politycznego. Dla profesjonalności takiej armii Adolf Hitler zgodził się na rozbicie swojej SA. Ale teraz rozpoczął działania mające na celu upolitycznienie nowej armii. Generał v. Fritsch gwałtownie się temu sprzeciwiał. Niewiele co prawda mógł zrobić, ale jego negatywne nastawienie do partyjnego wychowania żołnierzy bardzo irytowało Wodza i jego środowisko.

Po drugie. - Generał próbował zaprowadzić porządek w najwyższym dowództwie nowej armii i zaraz spotkał się z gwałtownym oporem ze strony Göringa. Generał, człowiek całkowicie pozbawiony żądzy władzy dla samej tylko władzy, zupełnie nie mógł zrozumieć Göringa, kompletującego bez przerwy wciąż nowe stanowiska, tytuły i odznaczenia. Według generała, co chyba jest też normalne dla każdego, utworzona przez Göringa Luftwaffe nie mogła być samodzielnym rodzajem wojsk, ale powinna wejść do kompletu wojsk Wehrmachtu, podporządkować się jednemu generalnemu sztabowi Wehrmachtu, bo tylko taka sytuacja mogła gwarantować w przyszłości logiczne wykorzystanie całości siły zbrojnej Niemiec. Ale Göring nie chciał się na to zgodzić, bo wówczas stałby się tylko jednym z trzech dowódców rodzaju wojsk. Generał szarpał się z tą sprawą dość długo i niczego innego nie załatwił, jak tylko dozgonną, a jak się później okaże, nawet pozagrobową nienawiść "wielkiego" Hermanna.

Fałszywy pomnik, mający świadczyć, że gen. Werner von Fritsch poległ 22 IX 1939 r. w okolicach Zacisza koło Targówka na warszawskiej Pradze

Adolf Hitler "pogodził" ich wreszcie przyznając każdemu rodzajowi wojsk własny Sztab Generalny, a każdego dowódcę rodzaju wojsk podnosząc do rangi ministra. Powstało dziwadło na skalę światową. Marynarka wojenna, siły lądowe i wojska lotnicze stały się praktycznie odrębnymi armiami, każda ze swoim niezależnym Sztabem Generalnym. Jakiekolwiek wspólne działania mogły być możliwe tylko po uprzednich rozmowach i wzajemnych ustaleniach. Być może, żeWehrmacht już wtedy przegrał wojnę, zanim jeszcze jego żołnierze wyfasowali pierwszą ostrą amunicje. Ale nie wińcie o to generała v. Fritscha. On walczył o zupełnie inną sytuację.

A teraz po trzecie. - Adolf Hitler nigdy, aż do ostatniej wybranej przez siebie chwili, nie wtajemniczał swych generałów we własne plany strategiczne. Generał więc budował Wehrmacht niejako teoretycznie. Budując go nie miał zielonego pojęcia jak ten jego Wehrmacht będzie użyty. To dawało Wehrmachtowi wysoką uniwersalność. Mógł od razu, natychmiast, być użyty do ataku, jak i do obrony. Nadawał się do wojny z każdym sąsiadem Niemiec. Można go było użyć również poza granicami, nawet przerzucając go poza granice morskie.

Adolf Hitler był bardzo niecierpliwy. Patrząc obiektywnie, on naprawdę miał bardzo mało czasu na realizację swoich planów. Wyrywał więc niegotowy jeszcze Wehrmacht z rąk generała. Ten z kolei, w trosce o całość swojej ukochanej armii, wciąż nie zgadzał się na podjęcie przez nią akcji militarnych, aż do czasu ukończenia jej budowy. Dochodziło do konfliktów. Pierwszym poważnym konfliktem była sprawa Nadrenii. Von Fritsch nie chciał się zgodzić na taką awanturę. Hitler się wściekał. W końcu zmusił generała do posłuszeństwa gwarantując mu, że Francuzi nie będą interwaniować. - Nie interweniowali.

Hitler chodził więc w aureoli zwycięskiego stratega i pogardliwie opowiadał o generałach, którzy nie chcą wojny. Pokerowa zagrywka z Nadrenią udała się Hitlerowi znakomicie, a sukces ten przekonywał Wodza, że chyba doszło już do takiej sytuacji, że nadszedł czas, by "coś zrobić" z tym Fritschem. Swoją robotę już właściwie zakończył, a teraz tylko "stawia się" i stwarza problemy.

Katastrofa nastąpiła 5 listopada 1937 roku.

Tego dnia odbyła się narada w Kancelarii Rzeszy u Adolfa Hitlera, na którą został zaproszony minister wojny feldmarszałek v. Blomberg, dowódcy rodzajów wojsk: v. Fritsch, Raeder i Göring oraz minister spraw zagranicznych Konstantin von Neurath. Oficjalnie, tematem narady miało być jakoby zapoznanie generałów i ministrów z zamiarem Adolfa Hitlera zajęcia Austrii i Czechosłowacji, by mogli opracować obie operacje pod względem militarnym i dyplomatycznym.

Wiadomość o takim właśnie temacie narady jest najpewniej nieprawdziwa, bo teraz już wiadomo, że plany zajęcia Czechosłowacji były na czas narady od dawna gotowe i jak sam generał v. Fritsch powiedział, dopracowania wymagała tylko kwestia czeskich bunkrów granicznych, a więc przedstawianie ewentualnego ataku na Czechosłowację w formie problemu, którym należy się dopiero zająć, byłoby niedorzeczne. Narada przedstawiona w wersji oficjalnej zawiera jeszcze kilka takich nielogicznych momentów.

Taka była wersja oficjalna, zaś dużo ciekawsze i chyba właśnie prawdziwe, bo sprawdzające się później swoimi następstwami, były nieoficjalne informacje o naradzie. Nieoficjalnie i po cichu mówiło się, że rozmowy nie dotyczyły tylko spraw Austrii i Czechosłowacji, o których, owszem, również była mowa, ale głównie dotyczyły ewentualnego ataku na Francję i Związek Sowiecki - strategicznego celu Adolfa Hitlera. (O ataku na Polskę, choć to zadziwi niejednego, nigdy się wtedy nie rozmawiało. Polska w planach Adolfa Hitlera miała być nie celem ataku Niemiec, a ich sojusznikiem. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.)

Po zapoznaniu się z takim planem Wodza, generałów z początku "zatkało", ale już za chwilę gwałtownie zaczęli oponować twierdząc, że takiej wojny nikt nie wygra, że taka wojna będzie katastrofą dla Niemiec. Poparł ich minister v. Neurath twierdząc, że taka wojna na pewno przerodzi się w wojnę światową. Że taka wojna, to samobójstwo. Adolf Hitler zaczął się złościć. Doszło do wypominania generałom Nadrenii i ich ówczesnych, niesprawdzonych obaw. Narada przerodziła się w kłótnię, skończyła się niczym, a panowie rozeszli się w złych humorach.

Już bez Hitlera i Göringa spotkali się późnie ponownie, prywatnie niejako, by coś zrobić, jakoś przekonać Hitlera, by odstąpił od planowania wariackiej wojny. Ustalono wspólnie, że to generał v. Fritsch powinien udać się do Adolfa Hitlera, by przedstawić mu cały szereg argumentów przemawiających przeciwko rozpoczynaniu takiej wojny.

9 listopada generał v. Fritsch zameldował się u Hitlera, który chętnie go przyjął, już pewnie mniemając, że generał przynosi mu zgodę na planowanie wielkiej wojny, lecz gdy zobaczył z czym generał do niego przyszedł, Adolf Hitler dostał, jak to się mówi, cholery.

Hitler ryczał, aż szyby wylatywały z okien. "Pański punkt widzenia to gówno! Tylko ja w tym kraju wiem, do czego jesteśmy zdolni. Jak śmie ta żałosna kreatura ze mną dyskutować?! Powiem panu jedno: Niemcy w każdej chwili są gotowe do wojny. Francja i Anglia są moralnie dużo od nas słabsze, nie mówiąc o Związku Sowieckim, kierowanym przez Żydów".

Generał, całkowicie zaskoczony reakcją Adolfa Hitlera, zwymyślany, jak jeszcze nigdy w życiu, został w końcu wyrzucony z Kancelarii i jak na razie - wyrzucony na urlop.

Następnego dnia generał v. Fritsch udał się na dwumiesięczny wyjazd do Egiptu.

Jakby dziwnym przypadkiem, tego samego dnia powstaje słynny "protokół Hossbacha", zwany też czasami "raportem Hossbacha" (pułkownik Friedrich Hossbach - adiutant Adolfa Hitlera). Datowany na 10 listopada, protokół ma być zapisem owej narady z dnia 5 listopada. To z niego można się dowiedzieć, że narada dotyczyła planowanego ataku na Czechosłowację, kwestii przyłączenia Austrii i zdobycia dla Niemiec - przestrzeni życiowej.

Na naradzie tylko admirał Raeder nie zabierał głosu (w niedalekiej przyszłości tylko on zachowa "posadę"), pozostali panowie mieli czasami odmienne zdanie, które przedstawili Wodzowi, ale były to zastrzeżenia raczej o charakterze technicznym, dziudziu-dziudziu, żadnego dramatu.

No dobrze. Przyjmijmy "raport Hossbacha", jakim jest, ale nie pozwólmy, żeby pułkownik myślał za nas. Jeżeli nie poddamy się zauroczeniu treścią "raportu" - wyjdą nam ciekawe przemyślenia.

Narada ma dotyczyć zdobycia dla Niemiec przestrzeni życiowej. Narada ma dotyczyć przyłączenia do Niemiec Austrii i inwazji na Czechosłowację. Naradę prowadzi Adolf Hitler, człowiek o rozmachu na całe kontynenty, teraz jakoś dziwnie zeskromniały, bo szukający przestrzeni życiowej w dwóch najmniejszych państwach Europy. Poza tym, Adolf Hitler, Austriak przecież, szuka przestrzeni życiowej dla Niemiec w Austrii?? Równie dobrze mógłby jej szukać pod Hamburgiem, albo w okolicach Berlina. Dla niego Austria to był odwieczny kraj niemiecki, zdradziecko tylko oderwany od Macierzy przez podstępnych Habsburgów! Oba kraje, Austrię i Czechosłowację udało się Adolfowi Hitlerowi zająć nie uciekając się do działań militarnych i co robi z dawną Czechosłowacją? Oddaje Słowację księdzu Tiso, pozwala Polakom na zajęcie Zaolzia. A pułkownik Hossbach mówił, że tam miały być właśnie te przestrzenie dla Niemców. To co ten Adolf wyrabia?! Zdobywa niby dla Niemców tereny, aby później rozdawać je innym?? Komu tu wierzyć: pułkownikowi Hossbachowi, czy może Adolfowi Hitlerowi?

Na naradę mającą dotyczyć Austrii i Czechosłowacji, a więc państw tak odległych od jakiegokolwiek morza, jak to jest tylko możliwe w Europie, proszony jest admirał Raeder.

- Niby po co?

Adolf Hitler miał jakoby przedstawić na naradzie konieczność przygotowania inwazji na Czechosłowację. Gdyby to była prawda, cóż powinno nastąpić już natychmiast po naradzie?

Wiadomo. We wszystkich sztabach zawrzałaby gorączkowa, nieprzerwana praca. W Wehrmachcie zaroiłoby się jak w ulu. A tu naczelny dowódca wojsk lądowych, wojsk najważniejszych, mających kluczową pozycję w całym Wehrmachcie - wyjeżdża na urlop?!

- I to nie byle jaki, a dwumiesięczny!!!

Rodzi się więc kolejne pytanie, komu wierzyć, a może lepiej powiedziawszy, w co wierzyć?

W prawdziwość treści "protokołu Hossbacha", czy we własny zdrowy rozsądek. Zawodowi historycy badający czasy III Rzeszy czasami zachowują się bardzo zabawnie. Potrafią, bywa że na tej samej stronicy swej książki przyznać, że bardziej załganego reżimu jakim był reżim III Rzeszy trudno sobie wyobrazić, by za chwilę brać na serio jakiś niemiecki dokument z tamtych czasów o treści nie bardzo trzymającej się tak zwanej "kupy" i rozpadającej się na kawałki przy głębszym zastanowieniu. No, to jeszcze jedno pytanie. Ile czasu zajmuje napisanie "protokołu Hossbacha" jeśli, tak jak on, dysponuje się notatkami z narady 5 listopada 1937 roku?

Pięć dni, czy trzy godziny?

"Protokół Hossbacha" nosi datę 10 listopada nie dlatego, że pułkownik Hossbach potrzebował na jego napisanie aż pięciu dni, tylko dlatego, że dopiero 10 listopada ostatecznie zdecydowano o sposobie pozbycia się generała v. Fritscha. Generał miał odejść z wojska nie, jako przeciwnik polityki Adolfa Hitlera, ale jako wstrętny pedał, który podstępnie, zatajając swe przestępcze skłonności, wkradł się na najwyższe szczeble władzy wojskowej, gdzie poprzez swój ohydny proceder szargał świętość sztandaru niemieckiej armii. W dokumentach nie powinien zostać nawet ślad prawdziwego sporu. Takie to trudne do pojęcia?

Po wyjeździe generała zawrzało jak w ulu, ale nie w sztabach Wehrmachtu, a w Gestapo.

Polecenie było jednoznaczne - znaleźć coś na Fritscha, - załatwić Fritscha. Ale gdy na Fritscha nie można było znaleźć niczego, postanowiono, nie siląc się nawet na policyjne subtelności załatwić sprawę, jak to się mówi, na chama. Gestapo miało w ręku faceta, Otto Schmidta, szantażystę. Szantażował on niejakiego Achima von Frischa, homoseksualistę, rotmistrza w stanie spoczynku. Schmidta trzymano do tej pory niejako w rezerwie wciąż mając nadzieję, że znajdzie się jakieś bardziej sensowne oskarżenie pod adresem generała. Nie mogąc jednak dostarczyć niczego nowego i wyznając zasadę, że na bezrybiu i rak ryba, opierając się jedynie na podobieństwie wymowy obu nazwisk, przygotowano bardzo głupią i prostacką prowokację.

Pan Schmidt szantażował nie rotmistrza Achima v. Frischa, a generała pułkownika Wernera v. Fritscha. Proste i subtelne jak budowa cepa! Zadbano tylko o to, by Schmidt potrafił "rozpoznawać" generała na nieuniknionej konfrontacji. Nie bardzo przejmowano się nie trzymającymi się nijakiej logiki "dowodami" karygodnego występku, (występku nie byle jakiego w III Rzaszy, bo karanego obozem koncentracyjnym, z którego jak wiadomo, najłatwiej można było wyjść przez komin), a to dla prostej przyczyny, że oskarżenie zamówione zostało przez najwyższe czynniki partyjne i państwowe.

Kim byli ci zamawiający prowokację, kto stał z nich tak wysoko, że jego pozycja gwarantowała gestapowcom całkowitą bezkarność nawet po odkryciu afery? Na pewno byli to Hermann Göring i Reinhard Heydrich, a skoro Heydrich więc i Heinrich Himmler, a wszystko to nie tyle na zamówienie Hitlera, ale by Wodzowi "załatwić sprawę", ułatwić rozgrywkę z niechcianym generałem.

Generał v. Fritsch wrócił do Niemiec na początku stycznia 1938 roku, ale na razie czekano z oskarżeniem, bo w międzyczasie Gestapo trafiła się niesłychana wprost gratka. Minister wojny, feldmarszałek v. Blomberg, od lat wdowiec, zakochał się w dużo od siebie młodszej pracownicy ministerstwa, Margarethcie Grühn. Uczucie było poważne i odwzajemnione, więc Gestapo powzięło rutynowe sprawdzanie panny Grühn i jej rodziny. No i doszukano się rewelacji. Matka panny Grühn była właścicielką "salonu masażu", burdelu, nie wstydźmy się powiedzieć.

W "zakładzie", poza jego, że tak powiem, rutynową działalnością, można też było nabywać fotografie pornograficzne, które przedstawiały pensjonariuszki "zakładu" nago i w tak zwanych - pozach. Ten fakt był dla Gestapo szczególnie interesujący. Gestapowiec Josef Meisinger, spec od fotomontaży, spreparował zdjęcia. Teraz każdy mógł zobaczyć nie jakieś tam dziewczyny, ale przyszłą panią ministrową, na golasa i w "pozach", przechodzących wyobraźnię normalnego zjadacza chleba. Szczególnie jedno zdjęcie, "to ze świecą", miało być podobno wprost powalające. Gestapo cierpliwie czekało na ślub feldmarszałka. Narzeczona, to jeszcze nie to samo, co ŻONA!! - Prawda?

Czy Adolf Hitler wiedział o tych przygotowaniach? O Fritschu wiedział raczej na pewno, ale o Blombergu?? Tu chyba Göring podłożył Hitlerowi tak zwaną świnię.

Ślub feldmarszałka odbył się 12 stycznia 1938 roku. Świadkami na ślubie byli Adolf Hitler i Hermann Göring. Już niedługo po ślubie pękła straszliwa afera: naczelny dowódca wojsk lądowych - to wstrętny pedał!! Minister v. Blomberg - ożenił się z prostytutką!!!

Hitler szalał! Przecież on był ŚWIADKIEM na tym cholernym ślubie!!!

Dodatkowo podjudzano go, że wojsko masowo nabywa fotografie z gołą ministrową, a berlińskie "panienki" wydzwaniają do Ministerstwa Wojny oferując się oficerom na żony i kochanki.

4 lutego 1938 roku obaj oficerowie: v. Fritsch i v. Blomberg zostali zmuszeni do dymisji.

Tylko, że generał v. Fritsch bynajmniej nie miał zamiaru poddać się intrydze partyjnych chamów i zażądał w swojej sprawie zebrania Sądu Wojennego. Sąd Wojenny wykazał od razu beznadziejny idiotyzm gestapowskiego oskarżenia i wyrokiem z dnia 18 marca 1938 roku uniewinnił generała v. Fritscha od wszystkich stawianych mu zarzutów.

"Roprawa główna wykazała niewinność generała pułkownika w stanie spoczynku barona v. Fritsch we wszystkich punktach" - taka była dosłownie decyzja Sądu.

Pozbywszy się generała i feldmarszałka, Adolf Hitler zdymisjonował też ministra v. Neuratha, trzeciego uczestnika sławetnej narady, który mu się wtedy ośmielił przeciwstawiać. Na jego miejsce powołany został Joachim von Ribbentrop. Adolf Hitler rozwiązał też Ministerstwo Wojny, a na jego miejsce powołał Oberkommando der Wehrmacht, słynne OKW z generałem Wilhelmem Keitlem jako jego szefem. Adolf Hitler miał też dobrą okazję rozprawić się ze starą, cesarską jeszcze generalicją. Przy tej właśnie okazji odesłano na emeryturę szesnastu (!) starszych generałów, a czterdziestu czterech (!) przeniesiono na inne stanowiska. Generał v. Fritsch, oczywiście, nawet pomimo uniewinniającego wyroku Sądu Wojennego, do służby już nie powrócił, a na jego miejsce naczelnym dowódcą wojsk lądowych został generał v. Brauchitsch.

Gdy po latach, po nieudanym zamachu na Adolfa Hitlera w Wilczym Szańcu Gestapo wyłapywało zamieszanych w ten zamach niemieckich oficerów, na potwornym śledztwie, jakie było specjalnością tej instytucji, wszyscy oficerowie zeznawali to samo. Początek spisku oficerów zaczął się od sprawy generała v. Fritscha.

Wszystko to, jak powiadam, było dużo później, ale w lutym 1938 roku miało ono bez wątpienia swój poczatek. Nie tylko dla generała v. Fritscha, ale dla całego korpusu oficerskiego "sprawa Fritscha" była nokautującym szokiem. Wychowani na innych wzorach, w kompletnie innych czasach, generałowie niemieccy jakoś tak machinalnie, potraktowali z początku Adolfa Hitlera jak każdego do tej pory zwierzchnika sił zbrojnych, trochę, jak starego cesarza, któremu należał się bezwzględny szacunek i lojalność, ale który też zobligowany był do szacunku i lojalności w stosunku do swoich podwładnych. Obojętnie z jakimi przyjmowano go zastrzeżeniami, Adolf Hitler był ich niekłamanym wodzem nie dlatego, iż byli oni zajadłymi szowinistami, odwetowcami, antysemitami, czy co tam jeszcze, ale dla tego prostego powodu, że Adolf Hitler był szefem państwa niemieckiego. Teraz okazało się, że absolutna lojalność i posłuszeństwo ze strony generalicji wcale nie niesie za sobą automatycznej lojalności nowej władzy w stosunku do generałów. Adolf Hitler nie był, niestety, cesarzem, a on i jego ekipa posługiwali się metodami uznawanymi przez ludzi cywilizowanych za nikczemne. Generałowie zrozumieli nagle, że znaleźli się ku swemu zaskoczeniu w jakichś zupełnie innych Niemczech, gdzie są traktowani wybitnie instrumentalnie, a wyznawane przez nich wartości warte są przysłowiowego funta kłaków. Mieli wtedy nad czym myśleć niemieccy generałowie, ale już myśleć zaczęli!

Dla generała v. Fritsch oddalenie ze służby i okoliczności, w jakich nastąpiła dymisja były szokiem wielokrotnie silniejszym, jako że osobistym, ale też katastrofą i ruiną całego jego życia. Dochodził sześćdziesiątki, od niepamiętnych czasów przebywał tylko w wojsku, nie miał swojego domu, nie ożenił się, bo wciąż brakowało na to czasu, na dobrą sprawę sam nie potrafił zadbać o swoje najprostsze potrzeby życiowe.

Uratował wtedy generała generał v. Brauchitsch mianując go honorowym dowódcą 12. Pułku Artylerii w Schwerinie. Tego się chyba nie spodziewał ani Adolf Hitler, ani jego "chłopcy". Pozbyli się v. Fritscha z dowodzenia, ze służby, ale nie pozbyli się go z wojska.

Cóż to takiego była w niemieckim wojsku instytucja dowódcy honorowego?

Była to synekura, nagroda jaką dysponowało wojsko, by uhonorować starych, zasłużonych dla armii oficerów wyższego stopnia, czy wysłużonych generałów. Uświęcone dawną tradycją stanowisko dowódcy honorowego gwarantowało starszym panom dalszy kontakt z wojskiem, oddawało ich pod opiekę pułku, gdzie zawsze czekała na nich "micha i opierunek", przyznawało prawo do paradnego munduru, a nawet dalszych awansów. W razie wojny, dowódca honorowy wcale nie był zobowiązany udawać się z pułkiem na wojnę, ale było to bardzo dobrze widziane, jeśli się jednak razem ze swym pułkiem na wojnę wybrał. Dowódca honorowy miał tylko przywileje i żadnych obowiązków. Bycie dowódcą honorowym nie upoważniało do jakiejkolwiek władzy rozkazodawczej. To już była domena faktycznego, prawdziwego dowódcy pułku. Takim dowódcą 12. Pułku Artylerii ze Schwerina był pułkownik Korte. Dowodził 12. P. Art. od 12 X 1937 r. do 25 IV 1940 r.

Mianowanie generała v. Fritscha dowódcą honorowym pułku artylerii prawie w chwilę po tym, jak naczelne władze państwowe potraktowały go tak mściwie, wymagało od generała v. Brauchitscha wykazania nielada charakteru i odwagi osobistej. Przecież myśmy w Polsce też mieli reżim, który czasami również oskarżał generałów o jakieś nieprawdopodobne przestępstwa, więził ich, a bywało, że rozstrzeliwał. Wysilam pamięć, ale zupełnie nie mogę sobie przypomnieć podobnego, jak zachowanie generała v. Brauchitscha, zachowania polskich generałów w stosunku do swych "podpadniętych" kolegów. Powiedziałbym, że było odwrotnie. Uciekano od takiego "podpadniętego" jak od nosiciela dżumy, czy cholery.

Specjalnie zwracam na to uwagę teraz, bo już niedługo będę zmuszony pisać o opinii polskiego historyka, który zupełnie bez żadnego uzasadnienia zarzucać będzie, już feldmarszałkowi v. Brauchitschowi, lękliwość i tchórzostwo w stopniu aż upośledzającym jego władze umysłowe. Jeśli się będzie widziało z jednej strony fakty, zaś z drugiej strony opinię historyka, czytelnikowi pozostanie wyciąganie wniosków.

Tytuł honorowego dowódcy 12. Pułku Artylerii umożliwił generałowi towarzyszenie swemu pułkowi podczas kampanii w Polsce. Przedtem jeszcze, zanim rozpoczęły się działania wojenne, generał wystąpił do Adolfa Hitlera z oficjalną prośbą o przywrócenie do służby, ale Hitler nie skorzystał wtedy z oferty generała. Będąc tylko dowódcą honorowym, generał, jak sam pisał w swych listach z Polski, podczas zaciętych walk z Polakami jest tylko kibicem, piątym kołem u wozu. Przyrównywał się też do tarczy strzeleckiej, mając na myśli bardziej swoją biernę postawę podczas kampanii niż coś innego, ale z chwilą jego tajemniczej śmierci, ta przenośnia zaczęła nabierać zupełnie innej, złowrogiej wymowy.

21 sierpnia 1939 roku generał v. Fritsch udaje się do Szczytna, w pobliżu którego 12. Pułk Artylerii szykuje się do przekroczenia polskiej granicy. W pułku nikt nie ma głowy na to, by bawić generała, by zajmować się generałem. Wyznaczono mu oficera towarzyszącego, młodego, dopiero co powołanego do służby podporucznika rezerwy, w cywilu prawnika, Wernera Rosenhagena, dano im do dyspozycji konie wierzchowe, a wszystko to z cichą nadzieją, że obaj panowie dadzą reszcie oficerów święty spokój i zajmą się swoim własnym towarzystwem.

12. P. Art. wchodził w skład 12. DP Wehrmachtu, dowodzonej przez generała porucznika Ludwiga von der Leyena, dywizja ta zaś z kolei wchodziła w skład Korpusu "Wodrig", korpusu 3. Armii Wehrmachtu dowodzonej przez starego przyjaciela generała von Fritscha, generała artylerii Georga von Küchlera. Nazwa korpusu - "Wodrig" - urobiona została od nazwiska jego dowódcy, generała porucznika Alberta Wodriga.

Tak więc generał v. Fritsch znalazł się w wojsku na bardzo dziwnych i faktycznie bardzo upokarzających dla siebie warunkach. Niby to był w wojsku, ale tak właściwie to nie był. Niby był dowódcą, ale niczym nie mógł dowodzić. I to on, który jeszcze niedawno dowodził wszystkim. Przyznacie Państwo, że sytuacja generała była dziwaczna, a motywy podjęcia decyzji przyłączenia się do armii na takich warunkach - zagadkowe.

Jak zwykle wątpliwości nie mieli autorzy prostacko oceniający postępowanie niemieckich oficerów, dla których owi oficerowie byli urodzonymi bandytami, kierującymi się chęcią mordowania dla przyjemności, a przez to nie potrafiącymi powstrzymać się przed lada okazją, by wziąć udział w jakiejkolwiek wojnie, która była dla nich szansą na bezkarne strzelanie do ludzi, zabijanie, kaleczenie, podpalenie czegoś. Ile powstało w Polsce tego typu publikacji? Dziesiątki? Setki? Tysiące?

Sam nieraz czytałem utrzymane w tym stylu rewelacje, jak to generał v. Fritsch dowodząc swoim pułkiem na oślep ostrzeliwał Warszawę ze szczególną satysfakcją rozwalając szpitale, kościoły i zabytki (więc jak to? - na oślep trafiał w te szpitale? - na oślep, czy celował?)

Pomińmy już to - na oślep, czy celował? Jest bowiem rzecz ważniejsza, takie malutkie pytanko do autorów publikacji utrzymanych w tonie jak wyżej. - Widział ktoś, panowie, by w jakiejkolwiek bądź armii pułkiem artylerii dowodził generał pułkownik? Oficer starszy stopniem od swojego dowódcy Armii, nie mówiąc o dowódcach dywizji i korpusu? Panowie autorzy! Nie lepiej to pisać o czymś innym, nie o wojsku? Podniecać się można równie silnie jak pisaniem o wojnie, a wyjdzie może bardziej sensownie. Generał v. Fritsch nie tylko nie dowodził pułkiem, nie tylko nie ostrzeliwał Warszawy na oślep; on nawet nigdy nie zobaczył Warszawy.

Gdy będziemy rozpatrywać postanowienie generała by przebywać na froncie kampanii w Polsce choćby tylko w charakterze maskotki pułkowej jako jego prywatną, osobistą decyzję, zawsze znajdziemy w tym jakąś niejasność, może nawet fałsz. Ciężko będzie nam znaleźć logiczną przyczynę takiego postępowania. Inaczej wyglądać będzie cała sprawa, gdy założymy, że nie była to osobista decyzja generała, a decyzja kolegialna, decyzja pewnej części generalicji niemieckiej.

Zanim ktoś powie, że to nie może być prawdą, niech na początek zapozna się z wydarzeniami, które nastąpiły przed śmiercią generała, zaraz po śmierci generała i już grubo później po śmierci generała. Będzie to ciąg wydarzeń układający się w logiczną całość dopiero po przyjęciu założenia o celowym i przemyślanym trzymaniu generała na froncie polskim. Adolf Hitler i partyjna góra NSDAP pozbyli się generała i najlepiej by dla nich było, gdyby generał pozostał sobie gdzieś prywatnie i na uboczu. Generalicja zrobiła im psikusa i generał znowu pojawił się w armii, co prawda na uboczu, ale był w tym miejscu absolutnie nie do ruszenia i pozostając na stanowisku dowódcy honorowego musiał być na tym stanowisku tolerowany. Dla generalicji, generał v. Fritsch był w jedynym możliwym dla niego w tej chwili miejscu, ale był "pod ręką". Nie gdzieś tam, a na miejscu, na froncie. Co planowała generalicja, nie bez tego, że za zgodą generała? - Planowała przywrócenie generała do służby i dowodzenia. Nie zapominajmy, że już powolutku zaczęła działać w Wehrmachcie opozycja przeciwko Adolfowi Hitlerowi i jego polityce. Nie lekceważmy tej opozycji. Opozycja musiała mieć lidera o odpowiednim autorytecie. Takim liderem mógł być tylko generał v. Fritsch. A generał v. Fritsch był przeniesiony w stan spoczynku, zawieszony, właściwie nie był żołnierzem. Odwiesić go mógł jedynie rozkaz Adolfa Hitlera.

Bez tego rozkazu generał v. Fritsch pozostawał w armii w zasadzie nikim.

Być może słynna apolityczność generała v. Fritscha po tym co osobiście doświadczył od prominentów III Rzeszy i bardzo prawdopodobne, że dopiero po długich debatach z zaprzyjaźnionymi generałami, właśnie skończyła się. Pozostawał problem powrotu do służby.

Pozostawało, na razie, być na miejscu i czekać na okazję.

Można nie dowierzać temu, co napisałem, gdyby nie fakt, że prawie od samego początku wojny z Polską na Adolfa Hitlera zaczęto wywierać naciski, by przywrócił generała do służby.

Najsilniej "dręczył" Hitlera tym tematem generał v. Brauchitsch, ale nie tylko on. "Dręczycieli" zawsze popierał generał Keitel z OKW i pomału Hitler zaczął się zastanawiać nad odpowiednim stanowiskiem dla generała v. Fritscha - może dowódca armii, może dowódca grupy armii.

Okazało się, że Hitler wcale nie pała do generała dziką nienawiścią i pewnie już by generała powołał, gdyby nie jeden problem. Powołując generała, powinien, jak twierdził, powołać również feldmarszałka v. Blomberga, a na to nie mógł się zdobyć. Jeszcze nie teraz.

Dziwaczne zachowanie Adolfa Hitlera brało się zapewne z faktu, że on naprawdę wierzył w słynne zdjęcia żony v. Blomberga. Jeśli chodzi o generała v. Fritscha, Adolf Hitler bardzo dobrze wiedział, że to nie generał w stosunku do niego, ale właśnie on w stosunku do generała zachował się jak świnia. Przyjmując autentyczność zdjęć żony feldmarszałka, obarczał go winą za wystawienie jego, Adolfa Hitlera, na pośmiewisko jako świadka na pamiętnym ślubie.

Co by nie mówić, jeśli Adolf Hitler miał jakieś zastrzeżenia w stosunku do pomysłu, by odwiesić generła v. Fritscha, nie były to zastrzeżenia o charakterze zasadniczym i poważna sytuacja na froncie wymagająca obecności generała mogła natychmiast stać się argumentem za powołaniem go do służby.

W okresie, gdy generał podczas kampanii polskiej znajdował się przy 12. P. Art. w pamięci otoczenia zachował się jako człowiek bardzo zwracający na siebie uwagę. Generał, jak twierdzono, zbytnio "eksponował się". Niektórzy sądzili, że generał zachowuje się niepoważnie, narzuca się ze swoją obecnością. Nietrudno zrozumieć takie wypowiedzi. Generałowi, jako dowódcy honorowemu przysługiwał tylko mundur również honorowy, czyli mundur paradny. "Paradował" więc podczas walk z Wojskiem Polskim w swym paradnym mundurze generalskim, jedynym mundurze paradnym wśród setek tysięcy polowych mundurów niemieckich, który z daleka świecił złotem i jaskrawą czerwienią, pełną galą orderow i odznaczeń, (szabli chyba jednak nie nosił, choć do takiego munduru należała i szabla), tak że nawet wśród innych generałów wyraźnie "eksponował się". Powody tego przedstawiłem, ale wówczas, na niemieckich oficerach mogło to sprawiać wrażenie, - nie za bardzo na miejscu i nie za bardzo poważnie

Takiego właśnie wyzłoconego i lśniącego czerwienią zobaczyli polscy żołnierze w celownikach swoich karabinów. - Ale nie wybiegajmy do przodu!

Żeby zrozumieć okoliczności jakie towarzyszyły ostatnim chwilom generała v. Fritscha, trzeba, choćby jak najbardziej skrótowo, przedstawić rozwój sytuacji militarnej pierwszych dwóch tygodni wojny w najbliższym sąsiedztwie warszawskiej Pragi.

3 września 1939 r. Korpus "Wodrig" po straszliwym, dwudniowym ostrzeliwaniu obrony polskiej całą artylerią dwóch dywizji i artylerią korpusu, po wielokrotnym bombardowaniu lotniczym tej obrony, wybija w niej wyłom, w który z impetem wpada Dywizja Pancerna "Kempf". Pod wieczór Niemcy są już w Ciechanowie. Obrona Armii "Modlin" zostaje rozcięta na całej swej głębokości. Tragedia, bo przed Niemcami właściwie nie broniona Praga!

Dowództwo polskie pospiesznie ściąga do pomocy Pradze lwowską 5. Dywizję Piechoty generała Juliusza Zulaufa. Lwowiacy wyskakują z eszelonów i prawie biegiem zajmują pozycje obronne. Trochę zdumiewając polskie dowództwo Niemcy bynajmniej nie idą za ciosem, ale wykonują obrót i atakują Różan! Tutaj nie ma już blitzkriegu i Korpus "Wodrig" musi powoli wyrąbywać sobie drogę w polskiej obronie. Rozcięcie Armii "Modlin" powoduje konieczność zwinięcia polskiej obrony na przedpolu Mławy. Uwalnia to I Korpus generała Waltera Petzela, który do tej pory wykrwawiał się bez jakiegokolwiek sukcesu na mławskich umocnieniach.

I Korpus podejmuje równie, jak Korpus "Wodrig", powolne przebijanie się na tym samym kierunku tyle, że bardziej przyśrodkowo w stosunku do Warszawy. Dokąd lezą te dwa Korpusy? Po paru dniach chyba już wiadomo, że idą na Siedlce. Na Siedlce?! - Na Siedlce.

Dowódca obrony Warszawy generał Walerian Czuma wysyła na Pragę swego zastępcę pułkownika Juliana Janowskiego. Praga ma już przyzwoitą obronę od strony północy, ale jest zupełnie bezbronna od wschodu i południa. Pułkownik Janowski ma do dyspozycji na Pradze niewielu żołnierzy, ale Praga, jeśli nie liczyć nieprzyjacielskiego lotnictwa, nie jest atakowana i nic nie zapowiada ataku Pragi w najbliższej przyszłości. Pułkownik Janowski zajmuję się więc tworzeniem pozycji przyszłej obrony Pragi. Żołnierze kopią okopy, schrony, stanowiska ogniowe.

Od 8 września lewobrzeżna Warszawa jest silnie atakowana przez jednostki 10. Armii Wehrmachtu, głównie przez 4. DPanc. z XVI Korpusu Pancernego. Inne jednostki tej armii forsują Wisłę i zajmują przyczółek na jej prawym brzegu koło miejscowości Wilga.

Na Pradze nic się nie dzieje, gdzieś tam na północnym wschodzie dwa niemieckie korpusy lezą w kierunku na Siedlce.

9 września w Rembertowie zakończył mobilizację 103 Batalion Strzelców. Powstał z rezerwistów 3 Bat. Strz. z Rembertowa oraz rezerwistów 1 i 2 Bat. Strz. z Chojnic i Tczewa.

Jeśli komuś przyjdzie do głowy słowo "zbieranina", grubo się pomyli.

To żołnierze elitarnych Batalionów Manewrowych, z których najbardziej znany 3-ci, rembertowski, należał do Komisji Doświadczalnej Wojska Polskiego i Centrum Wyszkolenia Piechoty. W tych batalionach mogli służyć tylko tacy żołnierze, którzy uprzednio przeszli przez niejedno sito. Dowódcą 103 Bat. Strz. został kapitan Stanisław Góralczyk.

Właśnie kończy mobilizację 217 Dywizja Piechoty Landwehry, zapasowa dywizja 3. Armii generała v. Küchlera. Dowódca Grupy Armii Północ, generał Fedor v. Bock, dodaje do niej 32 Dywizję Piechoty i tak powstaje kombinowany II Korpus generała Adolfa Straussa, który już za chwilę z całą energią zacznie napierać na Pragę od północy.

11 września w rejonie Wiązownej powstaje pod dowództwem generała Władysława Andersa Grupa Operacyjna Kawalerii składająca się z tego, co zostało z brygad: Nowogródzkiej, Kresowej i Wołyńskiej. Wołyńska na przykład ma już tylko połowę swego składu pierwotnego.

12 września 103 Bat. Strz. dostaje rozkaz udania się do miejscowości Żwir (obecna nazwa Ratajewo) przy szosie Warszawa - Mińsk Mazowiecki i tam na biwaku spędza noc.

12 września oba niemieckie korpusy: "Wodrig" i I Korpus generała Petzela znajdują się pomiędzy Mińskiem Mazowieckim i Siedlcami. Wtedy Korpus "Wodrig" podrywa się do ataku na Siedlce, zaś I Korpus gwałtownie zakręca w prawo i atakuje Mińsk Mazowiecki.

Zajmuje Mińsk i ustawia się prosto na nie bronioną Pragę!

Grupa generała Andersa dostaje rozkaz jeśli nie zatrzymania, to chociaż powstrzymania niemieckiego korpusu!

Na razie jednak, w dniu 11 września, GOKawalerii generała Andersa istniała tylko teoretycznie, bo jej Nowogródzka BK znajdowała się w rejonie Wiązownej, Kresowa BK rozmieszczona wzdłuż brzegu Wisły na południe od Warszawy zajęta była pilnowaniem przepraw, zaś Wołyńska BK, dowodzona przez pułkownika Tadeusza Filipowicza, znalazła się akurat pod Jabłonną. Poza tym Wołyńska BK utraciła już w bojach całą swoją piechotę, a jej artyleria (2 DAK), to 1 bateria licząca trzy działa i 3 bateria - dwa działa. Wołyńską BK należało koniecznie wzmocnić. Wzmocniono ją więc tym, co było pod ręką. Piechotę dla Brygady stanowić miały dwa bataliony: 103 Bat. Strzel. kapitana Góralczyka oraz III batalion 205 PP ze składu rezerwowej 35 DP omyłkowo skierowany do stacji kolejowej Miłosna i tam zbombardowany przez lotnictwo niemieckie. III batalionem dowodził kapitan Janusz Żmudziński. Oba bataliony zostały oddane pod komendę majorowi Stanisławowi Hankiewiczowi tworząc Oddział Wydzielony Piechoty majora Hankiewicza. Artylerię Brygady wzmocniono dodając jej 15 Baterię Konną pod dowództwem kapitana Waleriana Rakowskiego, baterię z dyspozycji Naczelnego Wodza. Bateria powstała w Warszawie w trakcie mobilizacji 1 DAK.

Generał Anders postanawia pozostawić Kresową BK tam gdzie była, czyli na przesłonie brzegu Wisły, zaś atak na wojska niemieckie pod Mińskiem Mazowieckim wykonać siłami Nowogródzkiej i Wołyńskiej BK. Wołyńska BK zająć miała Mińsk Mazowiecki i osłaniać od północy działania Nowogródzkiej BK nacierającej na osi Łękawica - Cegłów - Kałuszyn.

Generał Anders wyznacza datę ataku na 13 września.

O świcie 13 września Wołyńska BK zajmuje Dębe Wielkie i rozpoznaje przeciwnika na podejściach do Mińska Mazowieckiego. O tej samej porze z miejscowości Żwir (obecnie Ratajewo) rozpoczyna marsz na Dębe Wielkie Oddział majora Hankiewicza. Rusza też do Dębego 15 Bateria Konna. W Dębem Wielkim Brygada zastaje zagubioną kompanię kolarzy z Armii "Modlin", którą pułkownik Filipowicz podporządkował sobie i przydzielił do wsparcia

Pułkownik Filipowicz dzieli swoje siły na dwa zgrupowania. Zgrupowanie pod dowództwem pułkownika Andrzeja Kuczka, czyli 12 P. Uł., 21 P. Uł. (bez dwóch szwadronów) oraz 1 bat. 2 DAK - 3 działa, będzie atakować północny rejon Mińska Mazowieckiego poprzez wsie Rysie i Cyganka. Zgrupowanie podpułkownika Józefa Pętkowskiego czyli 19 P. Uł., kompania kolarzy i 3 bat. 2 DAK licząca 2 działa, będzie nacierać po obu stronach szosy brzeskiej na południowy skraj miasta. O godzinie 7.30 rusza zgrupowanie podpułkownika Pętkowskiego. O godzinie 9.00, zgrupowanie pułkownika Kuczka.

Oba zgrupowania natrafiają na bardzo silny opór nieprzyjaciela i po początkowych sukcesach zmuszone są do oddania zdobytego terenu, zostają zepchnięte do swych podstaw wyjściowych.

Podobna sytuacja jest w Nowogródzkiej BK. Siły polskie są zwyczajnie za słabe, by uzyskać jakieś znaczące powodzenie w natarciu. Około godziny 11 do Dębego Wielkiego dochodzi Oddział majora Hankiewicza. Jeszcze przedtem nadjechała 15 Bateria, która z marszu, galopem, w stylu zaiste odpowiadającym najlepszym tradycjom artylerii konnej, rozwija się do strzelania na otwartym polu, rozbijając szybkim ogniem duże grupy niemieckich żołnierzy wychodzących z Mińska Mazowieckiego i szykujących się do przeciwnatarcia na pododziały Brygady. Pułkownik Filipowicz przydziela 103 Bat. Strzel. do wsparcia zgrupowaniu pułkownika Kuczka z rozkazem zajęcia wsi Cyganka. III bat. 205 PP ma wesprzeć zgrupowanie podpułkownika Pętkowskiego. 103-ci atakuje w paskudnym, odkrytym i płaskim terenie, bez jakiejkolwiek osłony terenowej. Próbuje skokami, ale w końcu zalega pod niemieckim ogniem.

W całym pasie polskiego natarcia sytuacja przedstawie się podobnie. Ale:

- odparty zostaje każdy niemiecki kontratak,

- oddziały polskie nie pozwoliły zepchnąć się ze swych pozycji wyjściowych,

- korpus niemiecki został zatrzymany,

- Armia "Warszawa" otrzymała czas na przygotowanie obrony Pragi.

Właśnie 13 września Grupa Operacyjna generała Zulaufa odrywa się od nieprzyjaciela na północnych rubieżach Pragi i przemieszcza się na wschodni odcinek obrony miasta.

Dzięki pracom pułkownika Janowskiego żołnierze Grupy zajmują już gotowe okopy.

Bo gdyby teraz dopiero wzięli się do łopat, to...

W pierwszych godzinach 14 września Praga ma już przygotowaną obronę od wschodu.

Ale na razie wciąż jest jeszcze 13 września.

13 września, Korpus "Wodrig", po uprzednim zajęciu Siedlec, zaczyna posuwać się w kierunku południowego wschodu. Początkowo wysuwa na tym kierunku Dywizję Pancerną generała Kempfa i 1 DP, ale zaraz za nimi rusza też, nieco przyśrodkowo, 12 DP. Zamiary Niemców są już jasne dla każdego. Korpus idzie na spotkanie przyczółka utworzonego przez 10. Armię na prawym brzegu Wisły w rejonie Wilgi. Korpus "Wodrig" zamyka właśnie ogromny kocioł wokół polskich wojsk w Warszawie, dookoła Warszawy i na zachód od Warszawy.

Meldunki, jakie dowództwo Armii "Warszawa" otrzymuje z placu boju pod Mińskiem Mazowieckim, jak również meldunki o posunięciach Korpusu "Wodrig" powodują decyzję dowództwa o natychmiastowym przerwaniu bitwy o Mińsk Mazowiecki, bitwy, która pod koniec dnia 13 września w zasadzie spełniła już swoje zadanie, i pospiesznym wycofaniu kawalerii poza zasięg niemieckiego kotła dopóki jeszcze nie zostanie on całkowicie zamknięty.

O godzinie 17 generał Anders otrzymuje z dowództwa Armii "Warszawa" awizo radiowe o przewidywanym nocnym odskoku na Garwolin, zaś o godzinie 20 rozkaz operacyjny potwierdzający uprzednie awizo i powiadamiający GO generała Andersa o odesłaniu jej do dyspozycji Naczelnego Wodza. Pozostało jeszcze wykonać, zawsze bardzo niebezpieczny, manewr oderwania się od nieprzyjaciela.

Najlepiej udał się odskok Nowogródzkiej BK, chociaż i tu 26 P. Uł. oderwać się mógł dopiero po zapadnięciu nocy, ale on chociaż dołączył później do Brygady. W Wołyńskiej BK sytuacja była dużo trudniejsza. 19 P. Uł. oderwał się tylko dzięki osłonie swojej piechoty. Za ułanami odeszła artyleria (15 Bat. i 3 bat. 2 DAK). Piechota, czyli III bat. 205 PP i resztki kompanii kolarzy oderwały się dopiero około godziny 21 i szybkim marszem, gonione pociskami niemieckiej artylerii, odchodziły do Warszawy.

Najpóźniej zawiadomiono o odwrocie zgrupowanie pułkownika Kuczka. Ciężar ubezpieczenia wycofującego się zgrupowania przyjął na siebie 103 Batalion Strzelców.

Korzystając z zapadających ciemności, kapitan Góralczyk ostro zaatakował Niemców, wdając się w ciężki, nocny bój z będącym przez cały dzień jego przeciwnikiem, niemieckim batalionem majora Vogelsanga. Dzięki temu, zgrupowanie pułkownika Kuczka mogło odskoczyć i podążać za Brygadą. Jako bardzo już spóźnione z Brygadą nie połączyło się.

W końcu na placu boju pozostały tylko bataliony Góralczyka i Vogelsanga szczepione ze sobą w śmiertelny zwarciu. Major Vogelsang dostał jednoznaczny rozkaz - zdechnij, ale nie puść Polaków. Za jego plecami przegrupowywały się bowiem wielkie jednostki niemieckie szykujące się do jutrzejszego marszu na Warszawę. Oba bataliony tłukły się więc wzajemnie przez całą noc, świecąc sobie rakietami, czasami wpadając na siebie w ciemnościach. Nad ranem kapitan Góralczyk odesłał jeszcze rannych, a sam z batalionem oderwał się od majora Vogelsanga, któremu ani w głowie było ścigać Góralczyka, raczej gotów był chyba dziękować Bogu, że wściekły polski batalion dał mu wreszcie święty spokój.

Odwrót przypadł kapitanowi Góralczykowi już nie po dobrej szosie, a po ciężkich, piaszczystych wiejskich drogach, poprzez wsie Olesin, Halinów, Długą Kościelną, a dalej przez miejscowości Cechówka (obecnie Miłosna), Sulejówek, Rembertow.

W Długiej Kościelnej batalion nieco odpoczął i zjadł coś w rodzaju obiadu jaki mu przygotowali mieszkańcy wsi. Na prawdziwy obiad wojsko nie mogło czekać. Trzeba było maszerować. Wieczorem batalion doszedł do Cechówki. Do Warszawy zostało jeszcze około 10 kilometrów, ale kapitan Góralczyk zarządził nocowanie na biwaku. Wojsko waliło się z nóg. - Przypomnijmy:

Od świtu 13 września marsz do Dębego Wielkiego, zaraz z marszu bitwa pod Mińskiem Mazowieckim trwająca nieprzerwanie przez cały dzień i noc z 13 na 14 września. Zaraz po bitwie uciążliwy marsz. - Batalion musiał odpocząć.

Tego chyba nie wzięli pod uwagę sztabowcy niemieccy. Wiedzieli przecież o tym batalionie, wiedzieli, że odmaszerował do Warszawy (bo niby dokąd miał odmaszerować), zakładali jednak, że batalion, nieprzerwanym marszem, najdalej w nocy powinien osiągnąć Warszawę. Jakie były następstwa takiego rozumowania, zobaczymy niebawem.

Dowództwo niemieckie stworzyło wokół Pragi sytuację wręcz idealną do ataku na tę dzielnicę Warszawy, gromadząc pod Pragą właściwie całą 3. Armię Wehrmachtu.

Na północ od Pragi Korpus generała Straussa. Od wschodu Korpus generała Petzela, którego dywizje: 61 DP na północ od szosy brzeskiej, a 11 DP na południe od tej szosy od rana 14 września rozpoczęły marsz na Pragę. Właściwie tuż za nimi Korpus "Wodrig", który już zamknął kocioł, zrobił swoje, a którego, pozostająca w odwodzie 1. Pruska BK, na razie "czesząca" podwarszawskie lasy, w każdej chwili mogła być użyta na froncie praskim bez jakiegokolwiek uszczerbku dla Korpusu. Na wojnie taka koncentracja wielkich oddziałów nie powstaje przypadkowo. Tak gromadzi się dywizje i korpusy w przewidywaniu ataku na silnego przeciwnika. Przeciwnik mógł być tylko jeden - warszawska Praga.

"Zdmuchnięcie" jednym uderzeniem obrony Pragi niewątpliwie załamałoby również obronę lewobrzeżnej Warszawy. Taki pomysł musiałby się bardzo spodobać Adolfowi Hitlerowi, który wciąż wściekał się, że traci w Polsce czas, wściekał się na Józefa Stalina, że ciągle jeszcze nie zaczyna umówionego przecież od dawna ataku na Polskę.

To, co napisałem nie jest jakimś moim prywatnym pomysłem, to nie moja imaginacja. Taki potężny, "z ziemi i powietrza" atak na Pragę był przygotowywany przez Dowództwo Wojsk Lądowych (OKH) i Luftwaffe. Miał nastąpić 16 września... i nigdy nie nastąpił.

Jeszcze 15 września rano szef Sztabu OKH uzgadnia z Luftwaffe - sławetne rozdzielenie Sztabów powodowało konieczność uzgadniania wszelkich wspólnych akcji - początkowo zrzut ulotek dla ludności cywilnej, wzywających do opuszczenia miasta na wyznaczonych przez Niemców kierunkach, później zaś, po wyznaczonym dla ewakuacji miasta terminie, dokonanie nalotu-giganta. Po zakończeniu bombardowania miał nastąpić szturm Pragi z udziałem dwóch korpusów...

Tego samego dnia, ale przed wieczorem, OKH odstąpiło od pomysłu szturmu Pragi.

Czemu? Co takiego stało się w międzyczasie?

Akcja wojskowa jaką jest atak na duże miasto, w dodatku silnie bronione przez zdeterminowane na wszystko wojsko i ludność cywilną, jest operacją nie lada, szczególnie, jeśli przyjdzie dowodzić jednocześnie czterema, lub pięcioma dywizjami należącymi w dodatku do dwóch różnych korpusów. Dowódca takiej operacji musi być majstrem nie byle jakim. Dowódca 3. Armii przebywał wtedy w Olsztynie. Zdecydowanie za daleko. Co robić? Jak wykorzystać taką wspaniałą okazję?

Pod ręką był majster, obermajster można powiedzieć i to w dodatku "bezrobotny". - Generał v. Fritsch!

Chyba jeszcze 14 września w nocy do sztabu Korpusu "Wodrig" musiał przyjść rozkaz natychmiastowego przewiezienia generała v. Fritsch do AOK 3 (Naczelne Dowództwo 3. Armii wówczas znajdujące się w Szczytnie). Skąd mógł przyjść taki rozkaz? - Chyba ze sztabu Grupy Armii, a więc od generała Fedora v. Bocka. Dlaczego tak sądzę?

Dlatego, że później, gdy już doszło do tragedii, podporucznik Rosenhagen towarzyszący generałowi v. Fritsch, telefonuje z informacją o śmierci generała... do sztabu Grupy Armii! Widział ktoś, by podporucznicy dzwonili sobie do Dowództwa Grupy Armii z pominięciem całych pięter drabiny służbowej? Normalnie podporucznicy tak nie dzwonią!

Bo też sytuacja w jakiej znalazł się po śmierci generała v. Fritsch nie tylko podporucznik Rosenhagen, ale i całe Dowództwo Wojsk Lądowych daleka była od normalności.

Niewątpliwie generał v. Fritsch jechać miał do Szczytna, by zapoznać się z sytuacją wokół Pragi, aby, gdy w następstwie nacisków na Adolfa Hitlera przywrócony zostanie do służby, mógł natychmiast podjąć obowiązki dowódcy operacji praskiej, która już właśnie była przez OKH montowana. Należało jeszcze tylko dojechać do Szczytna.

Korpus przygotował generałowi szybką i świetnie uzbrojoną kolumnę transportową: samochód osobowy, sekcja motocyklistów (trzy motory), dwie sekcje samochodów pancernych (sześć samochodów), każdy o sile ognia odpowiadającej czołgowi Panzer II, a może nawet i Panzer IV, ale każdy dużo, dużo szybszy od tych czołgów. W Korpusie też zapewne wybrano trasę przejazdu kolumny. Droga przez Cechówkę - Rembertów - Strugę wydawała się widać najbezpieczniejsza, skoro na nią właśnie skierowano kolumnę.

- Ano właśnie.

Po przespanej na biwaku nocy, kapitan Góralczyk wysłał kilkuosobowy patrol, by rozejrzał się po Cechówce, a także, by postarał się o jakiś chleb dla batalionu. Patrol odwiedził po drodze piekarnie panów Piechockiego i Kaplera, ale tu już od dawna nie było mąki, a więc i chleba. Patrol wchodził więc coraz bardziej w głąb osady Cechówka, aż dotarł do stojących na rogu ulicy trzech bardzo dobrze mi znanych panów, jako że jednym z nich był mój ojciec Tadeusz Kazimierski, a dwóch pozostalych to nasi najbliżsi sąsiedzi pan Aleksander Baliszewski - ojciec i pan Michał Baliszewski - syn. Po rytualnych, że tak powiem, a obowiązkowych w takich razach powitaniach, uprzejmościach, częstowaniu papierosami, panowie wskazali żołnierzom piekarnię pana Floreckiego na ulicy Hallera, która jak się szczęśliwie okazało właśnie zakończyła wypiek chleba. Powiadomiony o tym kapitan Góralczyk rozkazał zarekwirować cały wypiek na potrzeby wojska, a sam, w asyście kilku żołnierzy udał się do piekarni, by zapłacić za chleb. Tuż koło piekarni dopadł do niego jakiś zdenerwowany cywil krzycząc, że na sąsiednią ulicę zajechała właśnie niemiecka kolumna czołgów!

Kapitan kryjąc się w zaroślach zobaczył, że nie były to czołgi, ale sześć wielkich samochodów pancernych, poprzedzanych przez trzy motocykle i samochód osobowy, przed którym stało trzech niemieckich oficerów, z których jeden, bez cienia wątpliwości, był generałem.

Oficerowie stali w ciasnej grupie studiując mapę, a ich zachowanie wskazywało jednoznacznie, że kolumna po prostu zgubiła drogę i teraz oficerowie starają się jakoś wyjść z kłopotliwej sytuacji. Co ważniejsze może, niemieckie wojsko zeskakiwało z pojazdów, żołnierze rozkładali się po przydrożnych rowach, wyciągali jakieś swoje wałówki, zapalali papierosy. Nikomu z Niemców nie przyszło do głowy wystawienie choćby jakiegoś symbolicznego ubezpieczenia.

Sekunda na podjęcie decyzji i kapitan rozkazał jednemu strzelcowi zostawić broń i piorunem pędzić do batalionu, piorunem sprowadzić, ile się da, broni maszynowej.

Strzelec rzucił się do biegu. Kapitan trochę jeszcze odczekał, dla pobieżnego chociażby wyznaczenia celów i - ognia!

Pierwszy padł generał v. Fritsch. Pozostali niemieccy oficerowie dlatego tylko ocaleli, bo nikt nie próbował nawet do nich strzelać. Prawie wszyscy Polacy strzelili natomiast do generała.

Zaskoczeni Niemcy nie mieli nawet cienia szans. Sami rozbroili się opuszczając pojazdy i teraz odpowiedzieć mogli na ogień Polaków, jak to "spieszeni" pancerniacy - jedynie ze swych pistoletów. Za chwilę dobiegli jeszcze polscy żołnierze z bronią maszynową i zaczęła się masakra.

Działo się to 15 września 1939 roku o godzinie 7 rano.

Dlaczego później Niemcy nie chcieli przyznać się do tej daty, tego miejsca i okoliczności związanych z prawdziwą wersją śmierci generała, dlaczego robili dosłownie cyrk z pogrzebem generała w Polsce, dlaczego postawili fałszywy pomnik na fałszywym miejscu śmierci generała, a jeszcze urządzali tam okolicznościowe uroczystości wojskowe?

Na te pytania starałem się odpowiedzieć w będącej już na ukończeniu mojej książce poświęconej generałowi v. Fritsch, książce o roboczym tytule "Tydzień w trumnie", a której fragmenty zawiera niniejszy artykuł.

Teraz Czytelnik będzie mógł porównać, zastanawiająco zbieżne w czasie do wydarzeń w Cechówce, przygotowania wielkiego ataku na Pragę 15 września rano (kiedy to OKH nic jeszcze nie wie o śmierci generała) oraz pozornie dziwaczne, bo zaskakujące, odstąpienie od idei tego ataku już po południu tego samego dnia (kiedy wiadomość o śmierci generała już do OKH dotarła).

Żołnierze kapitana Góralczyka strzelając w Cechówce do generała v. Fritscha ani myśleli jakie następstwa przyniosą ich strzały. A następstwa tych strzałów były i to następstwa bardzo poważne. Nie będę dalekim od prawdy, gdy powiem, że być może właśnie wtedy strzelcy kapitana Góralczyka zmienili bieg historii Polski, Europy, a może nawet i całego świata.

Na pewno uratowali Pragę od masakry w stylu przypominającym wyczyn niesławnej pamięci marszałka Aleksandra Suworowa. Ale jednocześnie pozbawili opozycję niemieckich generałów ich lidera, którego nikt, przez całą historię III Rzeszy, nie potrafił zastąpić. Fundament, na którym miał powstać prawdziwie groźny dla Adolfa Hitlera ruch antynazistowski runął zanim go do końca wzniesiono. Spisek generałów istniał przecież przez prawie całą wojnę, ale gdyby nie zamach w Wilczym Szańcu chyba nikt by o nim nawet nie usłyszał. Można traktować ten spisek jako niewydarzoną działalność grupy sfrustrowanych nieudaczników i tak właśnie przedstawiały go władze III Rzeszy. Powinno się jednak pamiętać, że to właśnie brak poważnego, charyzmatycznego lidera odstręczał od spiskowców najbardziej liczących się dowódców Wehrmachtu.

Pozostaje jeszcze odpowiedzieć na naprawdę frapujące pytanie. Dlaczego ze zwykłego na wojnie wydarzenia, kiedy to jak każdemu wiadomo, karabinowe kule, byle celnie wymierzone, równie skutecznie zabijają generałów, jak zwyczajnych szeregowców, uczyniono tajemnicę II Wojny Światowej? Zgoda, że Niemcy, a ściślej otoczenie Adolfa Hitlera miało w tym określony interes. Zgoda, że historycy polscy i nie polscy powtarzali mniej, lub bardziej udolnie oficjalną wersję niemiecką dotyczącą czasu, miejsca i okoliczności śmierci generała, ani nawet nie przypuszczając, że dali się nabrać niemieckiej propagandzie. Ale dlaczego kapitan Góralczyk nic nie powiedział o wydarzeniach, w których osobiście brał udział?

Otóż nieprawda, bo kapitan Góralczyk nie tylko opowiadał każdemu, kto chciał słuchać o ataku na kolumnę generała i śmierci generała v. Fritscha, ale nawet opublikował w poczytnym czasopiśmie swą relację o tych wydarzeniach. Publikacja zawierała oprócz opisu potyczki i okoliczności w jakich do niej doszło, fragment zeznań feldmarszałka v. Brauchitscha jakie złożył on przed polskim prokuratorem, profesorem Sawickim, w trakcie trwania procesu norymberskiego. Prokurator Sawicki, jak to prokurator. Jemu nie chodziło o fakty historyczne, ale o wyjaśnienie pogłosek jakoby generała v. Fritsch zabiła na rozkaz Adolfa Hitlera wyznaczona przez niego grupa SS-manów. Z wypowiedzi feldmarszałka (szczególnie jeśli zapoznać się z jej całością), dowiedzieć się można niezwykle interesujących rzeczy. Wypytywany przez profesora feldmarszałek zaprzecza pogłoskom o zamordowaniu generała. Sam przeprowadził wówczas drobiazgowe śledztwo w tej sprawie. Podaje miejsce, czas i okoliczności śmierci generała v. Fritscha nijak mające się do wersji oficjalnej, pasujące natomiast jak ulał do wersji kapitana Góralczyka.

Wkrótce po ukazaniu się tej publikacji odezwał się znany polski historyk, który w niewybredny sposób "zgasił" kapitana.

W artykule zatytułowanym "Komentarz historyka" historyk na samym początku swej wypowiedzi wylegitymował się pisząc, że jest historykiem, że osobiście brał udział w kampanii wrześniowej, tym samym dając wszystkim do zrozumienia, że wie o czym pisze. A dalej, że niestety. Bardzo mu przykro. Kapitanowi Góralczykowi musiało, się wszystko pomylić. Jest już bowiem wydana praca polskiego historyka, a w niej zupełnie inna wersja śmierci generała (oficjalna niemiecka), co zaś do feldmarszałka v. Brauchitscha i jego wypowiedzi, to przecież nic dziwnego. Feldmarszałkowi wszystko pokręciło się w głowie... ze strachu.

("Z czego", w zupełnie taki sam sposób jak feldmarszałkowi, pokręciło się w głowie i kapitanowi Góralczykowi, tego nam zacny historyk nie wyjaśnił.)

No i co Ty na to, Szanowny Czytelniku?! Ręce opadają czytając taki "uczony" komentarz.

Posługując się metodami naszego historyka wszystko można "udowodnić" i wszystkiemu można zaprzeczyć. Ale tak się wtedy pisało historię i dlatego mamy ją taką, jaka ona jest. Ta napisana, nie prawdziwa. Pan historyk bynajmniej nie poczuł niczego niestosownego w swojej publicznej, w końcu, wypowiedzi, zachował się bowiem zgodnie z ówczesną konwencją. Facetowi spoza środowiska pokazał jego miejsce, kolegę ze środowiska dopieścił, wroga skopał. No i kapitan Góralczyk "zamknął się". Przestał nękać zawodowców. I dobrze się stało, bo historyk powinien pracować w spokoju. Niektórzy z nich mieli w sobie tak wiele "łaski" i wewnętrznego spokoju, że uraczyli nas historią Polski, przy której "Opowieści o krasnoludkach i sierotce Marysi" mogą uchodzić za prawdę objawioną.